Olbrzymia dramaturgia z akrobatyką Karlssona w tle, czyli inauguracja sezonu 2010

Sezon 2010 miał być dla Włókniarza najtrudniejszym odkąd częstochowianie zaczęli swoje starty w rozgrywkach Ekstraligi w 2000 roku. Po wielu tłustych latach, w których Biało-Zieloni zdobywali medale Drużynowych Mistrzostw Polski miały nadejść te chude, co oznaczało trudną walkę o byt w elicie.

Ze składu, który sezon wcześniej otarł się o wielki finał DMP, a w ostateczności zdobył brązowy medal nie pozostało praktycznie nic. Odeszli liderzy w postaci Grega Hancocka i Nickiego Pedersena. Z Częstochową pożegnał się także Tomasz Gapiński i Lee Richardson. Zostali natomiast Sławomir Drabik, który wielkimi krokami zbliżał się do żużlowej emerytury, Brytyjczycy – Tai Woffinden i Lewis Bridger oraz junior Borys Miturski. W miejsce tych, którzy odeszli przybyli Jonas Davidsson, Peter Karlsson, a o sile Włókniarza miał stanowić Rune Holta, dla którego był to powrót pod Jasną Górę po pięciu latach przerwy.

Skład na papierze nie był imponujący. O młodszym ze Szwedów mówiło się złośliwie (zwłaszcza w Bydgoszczy), że to najgorszy żużlowiec w historii Ekstraligi, natomiast o tym starszym, że nie podoła jeździe w najsilniejszej lidze świata. Największe nadzieje były związane przede wszystkim z Holtą i Woffindenem, ale było jasne, że po wielu latach walki o medale nadchodzi czas trudnego boju o utrzymanie.

Pierwszy mecz w nowym sezonie miał odpowiedzieć na pytanie jaka jest siła nowego Włókniarza. Rywalem była Polonia Bydgoszcz z Walaskiem, Jonssonem i Sajfutdinowem w składzie. Pierwotnie pojedynek miał odbyć się 5 kwietnia w Lany Poniedziałek, ale w przeciwieństwie do pozostałych pojedynków w tej kolejce, starcie w Częstochowie zostało przełożone na 25 kwietnia. Była to bardzo późna inauguracja sezonu, ponieważ spotkania z drugiej i trzeciej kolejki zostały przełożone ze względu na żałobę narodową spowodowaną katastrofą smoleńską.

Częstochowianie doskonale wiedzieli, że muszą punktować na własnym torze, jeżeli pragną utrzymać się w lidze. Zdawali sobie jednak sprawę ze skali trudności. Praktycznie przez cały mecz to bydgoszczanie mieli korzystny wynik. Po pięciu biegach prowadzili 18:12, ale był to dopiero zwiastun dramaturgii jaka czekała wszystkich zgromadzonych na stadionie przy ul. Olsztyńskiej. W dalszej fazie rywalizacji aż trzy biegi zakończyły się niepełnym wynikiem. W szóstej gonitwie Włókniarz wygrał… 5:0, bo z nawierzchnią toru zapoznali się Denis Gizatulin oraz Antonio Lindbaeck. W dziesiątym wyścigu częstochowianie wygrali 3:2, bo najpierw upadł Sajfutdinow, a następnie Lewis Bridger. Po jedenastym biegu na tablicy świetlnej widniał remis 32:32. Przed biegami nominowanymi to Polonia, która miała w składzie trzech byłych żużlowców Włókniarza prowadziła 39:37.

Po pierwszym z biegów nominowanych stadion w Częstochowie eksplodował radością, bo Lwy za sprawą Holty i Bridgera wygrały podwójnie z Kościechą i Sajfutdinowem i przed ostatnim wyścigiem prowadziły 42:40. Problem w tym, że na koniec bydgoszczanie wystosowali dwie armaty w postaci niepokonanego Grzegorza Walaska oraz Andreasa Jonssona. Ich rywalami byli Jonas Davidsson i Peter Karlsson. Pod taśmą stanęli trzech Szwedzi oraz jeden Polak. Dwa nowe nabytki Włókniarza kontra Poloniści, którzy doskonale znają częstochowski owal. Miejscowi kibice mieli słuszne obawy, bo lepiej wystartowali goście, ale wówczas na tor upadł Peter Karlsson. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zrobił to w sposób co najmniej akrobatyczny. Doświadczony Szwed zdążył wstać, aby dostrzec jak wygląda sytuacja na torze i … znowu upaść lekko groteskowo. Sędzia przerwał bieg i wykluczył byłego żużlowca Stali Gorzów. Ówczesny 41-latek dał drugą szansę Jonasowi Davidssonowi na uratowanie chociażby remisu meczowego. Sympatycy Włókniarza wiedzieli jednak, że przedzielenie pary Jonsson-Walasek będzie graniczyło z cudem, ale przecież pod Jasną Górą nie takie rzeczy miały miejsce…

Gdy trójka zawodników stanęła nieruchomo do drugiego podejścia piętnastego biegu, wówczas w taśmę wjechał … Andreas Jonsson. Szał i euforia na trybunach, bowiem to oznaczało, że Jonas Davidsson musi tylko dojechać do mety, aby Włókniarz zapewnił sobie zwycięstwo na inaugurację sezonu. Tak też się stało. Komplet punktów zdobył Walasek, ale to nie wystarczyło do triumfu. Częstochowianie po niesamowitej dramaturgii wygrali 44:43. Po meczu bydgoscy kibice nie mogli darować Peterowi Karlssonowi tego czego dokonał w czternastym biegu. Fani znad Brdy nie mogli także pojąć jak to możliwe, że ktoś taki jak Jonas Davidsson (9+1) nagle zaczął solidnie punktować, a przecież w barwach Gryfów był uważany za kompletny niewypał. Swoje dołożyli także Lewis Bridger (8+1) oraz Tai Woffinden (6). Liderami byli Karlsson (10) i Holta (9), a Borys Miturski dorzucił dwa oczka. Nie poszło Sławomirowi Drabikowi, który w dwóch startach nie zanotował zdobyczy punktowej.

Do końca sezonu Włókniarz nie miał zbyt wielu okazji do podobnej radości, ponieważ zdążył jeszcze wygrać zaledwie dwa spotkania w rundzie zasadniczej, przystępując do baraży z ostatniego miejsca. Kto by pomyślał, że na koniec rozgrywek znowu przyjdzie im zmierzyć się z … Polonią Bydgoszcz i stoczyć niemniej pasjonujący dwumecz barażowy o utrzymanie. Mimo słabych wyników, częstochowski zespół miał patent na ekipę z woj. Kujawsko-Pomorskiego, bo także w decydujących bataliach o ligowy byt okazał się od nich lepszy i dzięki temu pozostał w Ekstralidze.

Autor: Krystian Natoński

Zdjęcia: Grzegorz Przygodziński